O cierpieniu, z którym nie potrafimy się rozstać

liście

Nic nie dzieje się bez powodu. Jeśli chcemy, możemy nadać znaczenie wszystkiemu, co można by nazwać „przypadkowym”. Zgodnie z tą myślą, moje dzisiejsze spotkanie z przyjaciółką, zadziało się, właśnie po to aby poruszyć we mnie to wszystko, co ostatnio było przyczyną wewnętrznego niepokoju. Zadziało się też po to, abym mogła podzielić się swoimi przemyśleniami o cierpieniu, którego doświadczamy i jego podtrzymywaniu.

Zacznę od lęku, o którym można mówić tak długo, aż wyczerpią się przyczyny „bania się”i, który łączy się z cierpieniem. U wielu osób można zauważyć pewien rodzaj skłonności do straszenia się. Straszymy się głównie przyszłością, czyli czymś, czego nie ma i co być może nigdy nie będzie miało miejsca. Są to pewne scenariusze, wydaje się, że zawsze skupiające się na przyszłości, jednak lęk ma często także wbudowaną część związaną z przeszłością. Najczęściej boimy się tego, czego już kiedyś doświadczyliśmy. Boisz się odrzucenia i tworzysz scenariusze na ten temat? Prawdopodobnie już kiedyś przeżyłeś coś, co czułeś jako porzucenie przez kogoś ważnego. Boisz się kompromitacji? Najpewniej kiedyś ją silnie przeżyłeś. Tak naprawdę, często boimy się ponownego przeżywania czegoś, co nas zraniło. A boimy się tym bardziej, im mniej poradziliśmy sobie z pierwotnym zdarzeniem, które dotknęło nas w ten sposób po raz pierwszy. Jeśli boimy się tak silnie, że nie potrafimy przełamać tego lęku, to znaczy, że „siedzimy po uszy” w tym, co było i emocjonalnie jesteśmy nadal w przeszłych zdarzeniach, czy związkach. Nie poruszamy się do przodu, bo ugrzęźliśmy w miejscu. Zabolało i tam pozostaliśmy. Mówimy, że chcemy pójść dalej, ale nadal stoimy w miejscu. Ale po co tam stoimy? Na co czekamy?

Nie chcemy w czymś być- tak przynajmniej deklarujemy, a nadal jesteśmy. Twierdzimy, że cierpimy. Są różne przyczyny nieświadomego podtrzymywania swoich cierpień. Czasem tkwimy w nich, ponieważ wierzymy, że tak jest nasz los i jest to „cel”, który jest nam znany. Wszystko wówczas ma pewien porządek: jestem w jakiś negatywny sposób naznaczona, więc cierpię, wszystko się zgadza, nie pojawia się nic zaskakującego, żadne wyzwanie. Mam wymówkę na to dlaczego czegoś nie robię, nie staram się. Zajmujemy się cierpieniem zamiast tworzeniem innej rzeczywistości wymagającej innego rodzaju wysiłku. Podtrzymujemy cierpienie, oczywiście znowu najczęściej dosyć nieświadomie, także wtedy, gdy mamy z tego pewne korzyści. Przywiązujemy się do tego, co nas rani, gniecie tak bardzo, że samo wyobrażenie, że miałoby to zupełnie zniknąć jest przerażające. To znaczy, że musielibyśmy pozamykać różne stare związki, a może wcale tego nie chcemy? Po coś nadal je przytrzymujemy. Na przykład, by nie przeżyć pełnej utraty kogoś lub czegoś, nie skonfrontować się z prawdziwym obrazem siebie samego i innych. Trzeba by było także rozstać się z niektórymi pielęgnowanymi, czasem przez lata,  ideami i nadziejami, a tak naprawdę tego nie chcemy. Czasem cierpimy i nie rezygnujemy z tego, bo nadal na coś czekamy, na jakąś zmianę, na czyjeś słowa, choć racjonalnie wiemy, że nie nadejdą, że czasu nie cofniemy. Bywa tak, że nie zamykamy danego etapu, bo nie chcemy go uznać, nadać mu miejsca w swoim życiu, zaakceptować rzeczywistości. Wówczas trzeba by było zaakceptować w tej rzeczywistości także siebie. Czekamy czasem zupełnie irracjonalnie na to, że sytuacja w jakiś magiczny sposób „naprawi się” i przestanie być taka, jak jest. Pożegnanie się z czymś/kimś boli i boimy się przeżywania tego bólu, ale takie pożegnanie boli w inny sposób, niż zanurzanie się w ciągłym cierpieniu. Boli w taki sposób, który umożliwia prawdziwe zamknięcie pewnych etapów i daję siłę do otwierania nowych. Nie rozstawanie się ze swoim cierpieniem również „chroni” przed budowaniem czegoś nowego, jest wymówką, by nie zająć się tym co jest i tym, co na nas czeka jeśli je porzucimy. Często by uniknąć porzucania swojego cierpienia, zrzucamy odpowiedzialność na innych i mówimy: „to przez nich”, przez to, co robią, mówią. Porzucanie tego, co nas rani, rozstawanie się z bolesnymi wydarzeniami, zależy tylko od nas.

Pomyśl, co daje Ci to, od czego cierpisz? Co jeśli miałbyś to zupełnie oddać? Z czym musiałbyś się wówczas zmierzyć? Z czym byś został? Te proste pytania mogą dać Ci ważną odpowiedź.

Ja, po dzisiejszej rozmowie z przyjaciółką już wiem, dlaczego nie chciałam odpuścić czegoś, co wywoływało moje cierpienie. Wiem, co mi dawało, do czego było mi potrzebne, co miało wypełnić. Teraz, gdy powoli się rozstaję z moim wewnętrznym „katem”, uchylają się drzwi do czegoś, co jest nowe i nieznane. Wiem, że mogłabym zamknąć te drzwi wracając do swojego cierpienia i poczuć się bezpieczniej w czymś, co już znam, ale wiem też, że tylko przejście przez te drzwi może dać mi szansę na coś dobrego, choć będzie wymagało ode mnie zaangażowania i odpowiedzialności.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.